Wiedeń Romana Brandstaettera

Instytut Polski w Wiedniu zorganizował 15 listopada 2016 r. spotkanie z cyklu „Wielkie przyjaźnie polsko-austriackie” poświęcone przyjaźni Romana Brandstaettera z Franzem Theodorem Csokorem, wybitnym pisarzem i dramaturgiem austriackim.
Przy tej okazji warto przypomnieć co o związkach Brandstaettera z Wiedniem napisał o. Jan Góra w swojej książce „Był jak przechodzień do domu Ojca. W dziesiątą rocznicę śmierci Romana Brandstaettera” (wyd. W drodze, Poznań 1997). Oto kilka fragmentów tej książki:
„Wyjazdy do Wiednia były ważne i symboliczne. No, bo dokąd Polak z dawnej Galicji może chętnie jeździć, jak nie do Wiednia? Ale wróciwszy zaledwie na Wiedeń narzekał, na to całe austriackie gadanie… Ale nie mijało wiele czasu, gdy znów zaczynał tęsknić za Wiedniem. Kawę pijał zawsze z wodą. Zwyczaj ten przywiózł z Wiednia. „To dobrze robi mocnej kawie i wodzie, i żołądkowi” - powiadał. Ten zwyczaj przenosił go do Wiednia. Tam, dokąd w roku 1912 jako sześcioletni chłopiec przyjechał z rodzicami z Tarnowa na krótki pobyt. Był w Operze na Ringstrasse, widział Franciszka Józefa przejeżdżającego w odkrytym powozie, był w jakiejś kawiarni, gdzie dawano sernik, którego nie chciał jeść, a potem padał ulewny deszcz i było zimno...Wielki łuk dałoby się rozpiąć pomiędzy rokiem 1912 i rokiem 1987, kiedy to w początkach maja poeta po raz ostatni zjechał do Wiednia, by odebrać słynną Herder- Preis, nagrodę wręczaną przez Wiedeński Uniwersytet, oraz zostać honorowym członkiem austriackiego Pen-Clubu. Poeta często uciekał do Wiednia. Do wiedeńskiej katedry Świętego Szczepana i jej Madonny, by odpoczywać, słuchając stukotu kopyt końskich wiedeńskich fiakrów, którzy tutaj przy katedrze mają swój postój. Zapatrzony w wieże katedry opowiadał o księżycu, który stoi z prawej strony tej najwyższej wieży w zasłonie ażurowych chmur. Albo wstępował do wiedeńskiej kawiarni „Demel”, tuż przy Burgu, gdzie podają kawę dziewczęta ubrane na czarno w fartuszkach z falbankami i kokardami, jakby wprost z dziewiętnastowiecznej pensji u zakonnic. To wszystko dawało mu dystans. Kiedy wróci do Poznania, na wszystko znowu będzie patrzył z góry i krytycznie...”