Szabasy z Brandstaetterem

Książka ta jest poświęcona Romanowi Brandstaetterowi, wybitnemu myślicielowi, poecie i prozaikowi. Urzeczony jego wielką osobowością Przemysław Bystrzycki stał się uczestnikiem i sprawozdawcą wielu lat życia pisarza.


Pan Roman w Poznaniu stawił się z rozkazu ministra kultury i sztuki Sokorskiego. Na Kraków, gdzie pragnął osiedlić się po powrocie z zagranicy, nie dał Sokorski przepustki w obawie wzmocnienia "okopów podwawelskiej reakcji".

Trudne warunki życia dopadły go po przybyciu nad Wartę. Od czegóż kształtowana indywidualność, urok i powaga postaci? Poznańscy księgarze pospieszyli z pomocą. Uczynną rękę wyciągnął pan Jan Jachowski, bibliofil, zasłużony wydawca, szczególnie Ojców Kościoła. Nie stronił od udzielania pożyczek; także brał na pniu, co pisarz zaproponował. Rozliczali się później. Warto też wskazać pana Bolesława Żyndę, autora prawdomównej rozprawki Kazimiera Iłłakowiczówna we wspomnieniach starego księgarza, znajomego Brandstaettera z czasów jeszcze wileńskich, z roku 1940.

 Aż został zaproszony przez Jana Pawła II do Rzymu. Już nie mógł tam jechać: właśnie pochował żonę. Papieskie zaproszenie przyszło za późno... Jednego atoli był pewien: dobrego przez Papieża przyjęcia, dobrego i ze zrozumieniem jego dzieła najpotężniejszego, tetralogii Jezus z Nazarethu. Wbrew tu i ówdzie spotykanym dąsom niektórych katolickich księży, nie tyle wyrażanym w piśmie, co w ukrywanym lepiej lub gorzej stosunku do autora. Doznawał niejednej przykrości, z pozoru bez przyczyny. Przyczyny tkwiły głębiej, wiedział o tym: jego Chrystusowa epopeja dla wielu wydawała się "za bardzo żydowska". Podobne wstręty przyjmował pogodnie, jako przykrości za otwarte głoszenie prawdy. Na tej drodze wykonywał narzucone sobie ewangeliczne posłannictwo. Dróg prawdy nie zaścielają róże.